Przygodę z komputerami zaczynałem w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych, jeżeli nie liczyć drobnych epizodów z lat osiemdziesiątych, kiedy to zdarzało mi się spędzać długie godziny w dusznych budach z automatami do grania. Wtedy nawet ich nie używałem - bylem za młody, by dysponować jakimś kieszonkowym, zresztą i tak byłoby mi trudno je wydać, bo ledwo co dosięgałem do pulpitu sterującego automatem. Gapiłem się tylko, jak grają starsi koledzy - nie można więc tego nazwać "początkiem przygody z komputerami", a zaledwie zwiastunem czasów, które miały nadejść ;) Na początku lat dziewięćdziesiątych, po długich marudach i namowach, udało mi się wydębić od rodziców swój pierwszy komputer. To było Atari 65XE, maszyna dość nowoczesna jak na tamte czasy. Podłączane bezpośrednio do telewizora Atari generowało piękną grafikę w bodajże ośmiu kolorach, dobywała się z niego muzyka trochę lepsza od tej w elektronicznych zegarkach, a po podłączeniu drugiego joysticka można było grać na dwie osoby. Normalnie żyć nie umierać. Komputer ten miał tylko jeden mankament - nośnikiem pamięci dla gier były kasety magnetofonowe. Sprawiało to, że gry ładowały się niezwykle długo, czasami nawet do godziny rzeczywistego czasu. Kiedy się wgrywały, nie można było nawet dotknąć stolika, na którym ustawiony był komputer i magnetofon. Co tam "dotykać" - czasaminie można było nawet podskoczyć w pokoju. Działo się tak dlatego, że najmniejsze drgania potrafiły zerwać proces instalacji gry, który trzeba było potem zaczynać od nowa. Bardzo często zdarzała się więc taka sytuacja, że włączaliśmy "play" na podłączonym do Atari magnetofonie, po czym na paluszkach opuszczaliśmy pokój i szliśmy na dwór pograć sobie w piłkę. Po godzinie wracaliśmy, żeby trzymając kciuki sprawdzić, czy gra się pomyślnie wgrała :) Dzisiaj dzieci nie mają już podobnych problemów i mogą ślęczeć przed ekranami dwadzieścia cztery godziny na dobę ;) Czy to dobrze czy też źle, pozostawmy już do oceny samym młodym graczom i ich rodzicom.